Odkąd pamiętam, uwielbiałem gry komputerowe. Najpierw były to pierwsze konsole podłączane do telewizora, których nawet nie pamiętam z nazwy. Potem przyszedł komputer i już został.
Gry były miejscem, gdzie mogłem uciec od codziennych problemów, odpocząć, przeżyć przygodę i spotkać się ze znajomymi w wirtualnym świecie. Na każdym etapie życia były dla mnie ważne, a ten świat zawsze mnie fascynował.
Pierwsze podejście: kurs programowania
Po studiach, kiedy szukałem pracy, pomyślałem, że zacznę uczyć się programowania, bo to była, jak wtedy mówiono, praca przyszłości.
Zapisałem się na kurs JavaScriptu. Podejmowałem pierwsze próby robienia odbijających się kulek w 3D, próbowałem zrobić slidery, a nawet prostą grę typu tower defense. Tak naprawdę jedyne, co potrafiłem, to skopiować gotowy kod i podmienić w nim kolory.
Na zajęciach czułem ogromny smutek. Było mi bardzo trudno i wracały do mnie chwile ze szkoły, kiedy pani od matematyki zapraszała mnie do tablicy, a ja nie wiedziałem, co napisać. Na programowaniu było tak samo.
Ukończyłem kurs w wielkich bólach. Warto, żebyś wiedział, że mam dysortografię. A w programowaniu wystarczy jeden błąd, jedna dodatkowa spacja, której nie widać, albo przecinek, i wszystko się wywala. W tamtych czasach nie było sztucznej inteligencji, która poprawiłaby kod za ciebie i powiedziała, dlaczego coś nie działa. To była udręka.
Tak skończyło się moje pierwsze podejście do gry. Wizja była duża, ale pokonała mnie rzeczywistość.
Drugie podejście: skoro nie gra, to chociaż świat
Nie dawałem za wygraną i postanowiłem podejść do tego z innej strony. Skoro nie mogę zrobić gry, to przynajmniej stworzę wirtualny świat, czyli scenę. Uczyłem się Blendera przez kilka miesięcy, przesuwałem różne elementy.
Miałem wtedy już dwójkę małych dzieci, więc czasu nie było za dużo. Ale zrobiłem jedną scenę, kilka brył, nauczyłem się podstawowych funkcji. I powstał ten obraz.

Z perspektywy lat widzę, że nie było to arcydzieło, ale byłem zadowolony z efektu. Przez kolejne dziesięć lat gry były dla mnie już tylko rozrywką. Zostałem konsumentem.
Przełom, który przyszedł z zewnątrz
Kolejny przełom nastąpił, kiedy pojawił się ChatGPT. Zaczął nie tylko pisać teksty i wpisy na media społecznościowe, ale również kod. Całkiem nieźle radził sobie z prostymi rzeczami, potrafił zrobić stronę internetową, a nawet prostą grę.
Kiedy trzeba było iść dalej, zupełnie się gubił. Zrobiłem wtedy prostą grę typu tower defense i na tym skończyły się jego możliwości oraz moje zasoby czasu. Ale to był pierwszy promyk nadziei: może kiedyś da się zrobić grę samodzielnie, bez lat nauki programowania i grafiki 3D.
Co jakiś czas sprawdzałem, co potrafią kolejne modele. Zrobiłem klona gry typu Vampire Survivors w 2D, który działał naprawdę dobrze i dawał mi frajdę. Szybko go porzuciłem, bo to był jednak klon i nie miałem pomysłu, jak zrobić z niego coś własnego. Poza tym nie chciałem budować gry opartej na mechanizmach, które uzależniają.
I wtedy pojawił się Fable 5, model od Anthropic, który był dużym skokiem jakościowym względem wcześniejszych. Zrobiłem prostą grę 3D, zobaczyłem, co robią inni, i okazało się, że przeskok naprawdę jest duży. Marzenie o własnej grze może być bliżej, niż mi się wydawało. Przynajmniej wtedy tak myślałem.
Było to dokładnie 4 lipca. Film, który wtedy nagrałem.
Zderzenie z rzeczywistością, zanim cokolwiek powstało
Wtedy zrodziła się koncepcja: zrobić grę, ale nie taką, którą da się wyklikać jednym poleceniem. Taką, która dobrze wygląda i sprawia mi frajdę. Być może kiedyś możliwą do sprzedania na Steamie, bez wielkich oczekiwań.
Moja wizja bardzo szybko zderzyła się z rzeczywistością, bo mój analityczny umysł kazał mi szukać. Jak zwykle zaczął od problemów. Okazało się, że na Steamie powstaje co roku kilkanaście tysięcy gier, a przez AI to tempo jeszcze wzrosło. Większość nie ma nawet śladowej sprzedaży. Jak w większości branż, sensowne pieniądze zarabia garstka.
Samo to rozważanie odebrało mi trochę energii i było chyba tylko szukaniem usprawiedliwienia dla tego, czego naprawdę chciałem: po prostu spędzić dobry czas i cieszyć się procesem. Doświadczyć czegoś, czego ostatnio bardzo brakowało mi w życiu.
Postanowiłem, że zrobię to dla siebie. Dla własnej satysfakcji z rozwoju, dla eksperymentu. A być może komuś spodoba się to, co stworzyłem, albo przynajmniej ta historia zainspiruje go do zrobienia czegoś własnego.
I to jest właściwy cel tego projektu
Zobaczyć, co jest możliwe dzięki własnej pracy, własnej kreatywności i pomocy sztucznej inteligencji. Zobaczyć, gdzie jest granica, która ciągle się przesuwa.
W tym cyklu chcę podzielić się tą drogą. Tymi fajnymi i mniej fajnymi chwilami. Naturalnym cyklem, który spotyka każdy projekt: entuzjazmem, wzlotami i upadkami.
Nie wiem, jak daleko zajdę. Prowadzę działalność, mam rodzinę i dzieci, więc czasu nie ma za dużo. Ale mam nadzieję, że znajdę go tyle, żeby tę historię opowiedzieć.
Część bloga będzie pisana przez mojego agenta, który nie musi spać ani jeść. A czasami wrzucę bardziej osobisty wpis, który jest czymś więcej niż liczeniem linii kodu i błędów.
W następnym wpisie: pierwszy dzień pracy, zielona szachownica na ekranie i test wydajności, który zdecydował o wyborze silnika.